Blog, Travel

7 miejsc jakie można zobaczyć w Gruzji w tydzień – jeśli kac pozwoli…

31 stycznia 2014

Gruzja to wyjątkowo atrakcyjny kierunek podróży. Wynika to z połączenia świata przyrody i gościnności Gruzinów, czego przejawem potrafi być wyjątkowo dokuczliwy „syndrom dnia poprzedniego”. Gdy zrównoważymy odkrywanie z biesiadowaniem, możemy przeżyć w tym kraju niezapomnianą przygodę. Nam, podróżując w 2014 roku jeszcze bez dziecka, w ciągu tygodnia udało się zobaczyć:

Tbilisi – stolica Gruzji

Jeśli lądujemy w Kutaisi, droga marszrutką do Tbilisi zajmuje ok 4 godziny. Po drodze obowiązkowy postój w przydrożnej jadłodajni „u kuzyna”kierowcy. Główna droga wschód-zachód, którą jedziemy wiedzie doliną. Raz z lewej raz z prawej w dali wznoszą się majestatyczne, ośnieżone górskie grzbiety Kaukazu Wielkiego na północy i Kaukazu Małego na południu. Po drodze rzucają się w oczy, kontrastujące ze sobą: – wszechogarniająca bieda i uśmiechnięte twarze mieszkańców.

„Podpaska” chroni mieszkańców Tbilisi przed wilgocią z Kury

Jednym z charakterystycznych obiektów w mieście jest most spacerowy nad rzeką Kura, nazywany przez mieszkańców „podpaska”. Znajduje się w centrum miasta. Warto się tam wybrać na spacer zwłaszcza nocą, kiedy jest ładnie oświetlony.

Spacerując po mieście obowiązkowy jest:

  • przejazd kolejką gondolową na wzgórze, gdzie znajduje się pomnik matki Gruzji
  • kontemplowanie nocnej panoramy miasta spod murów Twierdzy Narikala
  • nocny spacer wzdłuż skalistych, niczym klify brzegów rzeki Kura
  • wizyta w łaźniach, jednych z najstarszych na świecie
  • degustacja wybornego wina. Gruzini spierają się z Grekami, o to gdzie najpierw zaczęto wyrabiać ten szlachetny trunek
  • jedzenie, jedzenie i jeszcze raz jedzenie

Chcąc wyruszyć poza Tbilisi trzeba się udać na stację metra przy Placu Wolności. Wystarczy przejechać 6 przystanków do stacji Dibude, aby znaleźć się w stołecznym marszrutkodromie. Stąd rozjeżdżają się busy po całym kraju. Jest tutaj także duże targowisko, gdzie można się na drogę zaopatrzyć.

Mccheta

Mccheta to pierwsza stolica Gruzji. To miejsce gdzie zlokalizowane są dwa ważne obiekty sakralne: Sweti Cchoweli z XI wieku i Monastyr Dżwari z VI wieku, gdzie można się dostać tylko taksówką – i tutaj dużo rozwagi. Za przejazd z Didube płacimy za dwie osoby 2 lari a za kilka kilometrów taksiarze życzą sobie nawet 20 lari – negocjujemy! Do 10 lari spokojnie można zejść.

Nas ostatecznie przekonał jegomość w kurtce moro z demobilu. Może ciut ciut obietnicą degustacji chachy(czyt. Czaczy), ale chyba bardziej wysłużonym vw golfem do którego oboje mamy sentyment. Jedziemy kilkanaście minut wspinając się na górujące nad doliną wzgórze. Przed wyjściem z auta na odwagę ląduje w moich rękach blaszany kieliszek. Szybka dezynfekcja wodą z butelki i pierwsza porcja wyrabianego z winogronu gruzińskiego samogonu trafia do krwiobiegu. Zaraz po mnie bliźniaczą miarkę wypija(już bez dezynfekcji) kierowca, co może dziwić w kraju, którego regulacje prawne wykluczają jakąkolwiek zawartość alkoholu u kierowców!

Z Monastyru Dżweri rozciąga się przepiękny widok na dolinę w której rzeka Aragwa wpada do Kury. Widoczna jest także jedna z najważniejszych świątyń Gruzji – Sweti Cchoweli. W Mcchecie byliśmy w niedzielę, co w połączeniu z piękną pogodą spowodowało, że wszędzie było bardzo dużo wiernych, także sporo nowożeńców w tradycyjnych strojach. Charakterystyczne jest, że w świątyniach całowane są wszystkie ikony, obrazy świętych, rzeźby. Uznanie tego z niehigieniczne raczej nie ma sensu. Zresztą pewnie chacha radzi sobie z nie takimi zagrożeniami.

 

Wardzia

Wardzia, to skalne miasto wybudowane w XII wieku dla obrony przed hordami Mongołów. Zapewne w sezonie letnim turyści oblegają to miejsce niczym skośnoocy władcy stepów, ale 17 lutego w poniedziałkowe popołudnie z turystów byliśmy tam absolutnie sami. Poza oczywistymi pozytywami tego faktu, był też jeden negatywny. Wszystko było pozamykane i nie było szansy na posiłek albo nocleg w okolicy. Nasz kierowca wysadził nas na parkingu, powiedział, że jutro będzie stamtąd ruszał w trasę i pospiesznie zniknął za zakrętem.

Na parkingu było jeszcze dwóch jegomościów, pies i pusta z pozoru marszrutka. Jeden z panów okazał się niezbyt przepracowanym sprzedawcą biletów, upoważniających do zwiedzania zabytku, a drugi kierowcą busika. Zapytany o jego plany powiedział, że właśnie wyjeżdża do Akhaltsikhe, miasta przez które planowaliśmy jechać nazajutrz w drodze do Batumi. Miły pan miał już uruchamiać silnik i ruszać w drogę, jednak po krótkiej wymianie zdań, już wiózł nas pod górę, w miejsce skąd zaczyna się ścieżka przez wykuty w skale kompleks miejski. Kiedy pół godziny później zeszliśmy na parking, marszrutka driver czekał na nas spokojnie. Uiściliśmy opłatę po 3 lari za bilety oraz po 5 za transport i ruszyliśmy ciesząc się z tego, że mamy całego busika dla siebie. Radość ta okazałą się przedwczesna. Już po 10 minutach w samochodzie wyposażonym w 16 siedzeń w radosnych nastrojach jechało ponad 30 osób, które podobnie jak kierowca czekało na opóźnioną naszym zwiedzaniem marszrutkę.

Akhaltsikhe

Miasto Akhaltsikhe, nad którym góruje potężny, niedawno odrestaurowywany zamek z XII wieku. To leżące w Małym Kaukaie miasto, było za czasów Imperium Osmańskiego znane z największego targu niewolników w tej części świata. Poza zabytkami jest tam też dobrze zjeść i zaprzyjaźnić się z kimś kto przygarnie nas na noc.

Batumi – ulubiony kurort Układu Warszawskiego odzyskuje wdzięk

W tym nadmorskim mieście, przebijająca się ku niebu nowoczesność, wyrasta z ugoru dawnej świetności kurortu. Gruzja bardzo dużo inwestuje w przywrócenie świetności temu miejscu i na pewno na tle reszty kraju jest to zauważalne. Było to miejsce wypoczynku uwielbiane przez prominentów i pożądane przez ludzi pracy dawnego bloku wschodniego. W świadomości Polaków, Batumi zostało spopularyzowane i wyciągnięte z geograficznego niebytu, przez piosenkę zespołu Filipinki z lat 60-tych. Jak jest teraz trudno było nam ocenić z racji pory roku. Miasto przywitało nas deszczem, zamkniętymi atrakcjami, jak choćby Wieża Alfabetu.

Wydaje się też, że byliśmy jedynymi z niewielu osób korzystających z uroków kamienistej plaży i Adam raczej jedyną, która w środku lutego, szukała ochłody w falach Morza Czarnego. Niemniej zjedliśmy pyszny obiad, przeszliśmy kawał miasta i odwiedziliśmy port(co dla dwojga żeglarzy nie pozostaje bez znaczenia). Po sukcesie obcowania z muzyką na żywo w Tbilisi, tutaj także pytaliśmy przechodniów, gdzie grają i śpiewają. Ostatecznie się udało i zasiedliśmy w restauracji portowej, tuż przy dolnej stacji kolejki gondolowej. Pałaszując coraz umiejętniej kolejną porcje chinkali, słuchaliśmy popisów grupy muzycznej z wybijającym się dźwiękiem wydobywanym przez wirtuoza tzw. „bongosów”.

Swaneti czyli gruziński Mordor

Mestia, to miasto, które razem z obszarem Górnej Swanetii, wpisane zostało na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Położone jest na wysokości 1500 m n.p.m., ciut ciut tylko niżej niż Dolina Pięciu Stawów w Tatrach! Już sama jazda w ten niezdobyty i niedostępny górski region to nie lada przygoda. Przeprawa nad przepaściami, lawirowanie między zalegającymi drogę głazami wielkości od kamyka w akwarium do głazów porównywalnych do marszrutki, którą jechaliśmy. Nie obyło się bez pchania naszego pojazdu i usuwania zatorów na drodze. Wszystko jednak ze spokojem i radosnym usposobieniem podróżnych.

Nad miastem dominują dziesiątki kamiennych wież, które służyły niegdyś do obrony. Niektóre z nich mają ponad 1000 lat! W ogóle Svanetia, to niezdobyty dotąd teren, gdzie podczas każdego walca historii przetaczającego się przez Gruzję, chroniono majątek i skarby narodowe. Cały prawosławny świat może pozazdrościć ikon, które są tu przechowywane. A tych najazdów było sporo i to chyba łączy mentalnie Polaków z Gruzinami. Zawsze ktoś robił sobie manewry na naszych ziemiach.

Zdecydowaliśmy się na gościnę w guesthousie u pani Róży, która całkiem dobrze mówiła po angielsku. Wybraliśmy pokój może nie z najpiękniejszym widokiem, ale taki ze szczelnymi oknami, który była szansa nagrzać. Wieczorem zostaliśmy ugoszczeni przez gospodarzy specjałami lokalnej kuchni i narodowym trunkiem chacha. Z każdym toastem coraz łatwiej było zrozumieć niuanse historii, kultury i tradycji regionu. Nawet obecny przy stole Irlandczyk coraz bardziej zbliżał się do międzynarodowego dialektu, którym się posługiwaliśmy.

Prometheus cave

Nieopodal Kutaisi, zwiedziliśmy zjawiskową jaskinię Prometeusza. Została oddana do zwiedzania dopiero w 2012 roku. Dysponuje bardzo bogatą i doskonale oświetloną szatą naciekową. Urozmaiceniem zwiedzania jest także możliwość pokonania części trasy łodziami płynącymi podziemną rzeką.

Czy wrócimy do Gruzji?

Kiedy wróciliśmy na lotnisko w Kutaisi, na hali odlotów spotkaliśmy wiele znajomych z widzenia osób, które leciały z nami samolotem tydzień wcześniej. Tak jak my kończyli swą przygodę. Z oczu większości z nich, podobnie jak z naszych, dało się wyczytać, że to nie ostatnia podróż do tego pełnego kontrastów ale pięknego, pełnego życzliwych ludzi kraju.

Gauamardżos

You Might Also Like