Blog, Lifestyle, Travel

Kto zrozumie polskie żeglarstwo oceaniczne?

14 czerwca 2018

Każdy naród szczyci się swoimi osiągnięciami i bohaterami.

Czy dumą narodową Polaków jest żeglarstwo?

A jeśli tak, to czy jesteśmy gotowi wspierać ten sport na międzynarodowych arenach żeglarskiej rywalizacji?

Dlaczego Polska nie stała się potęgą morską?

W momencie kształtowania się naszej państwowości, za czasów pierwszych piastów nikt z naszych przodków nie był zainteresowany żeglugą morską. Nasz udział w handlu w obrębie znanego wówczas świata, ograniczał się do dostarczania futer i innych dóbr, do portów gdzie zagraniczni kupcy je kupowali. Płynąc potem w inne miejsce, robili na tych futrach kokosy 🙂

Byliśmy wtedy tak skupieni na waleniu mieczem po głowie każdego, kto wkraczał na nasze ziemie, że nie było czasu myśleć o eksplorowaniu świata. W czasie kiedy zachodnie mocarstwa wyrywały sobie kolejne, nowo odkryte ziemie, my w chóralnym krzyku – „Liberum Veto”, wyrywaliśmy sobie zamki, z sąsiadami.  Co prawda niejednemu kniaziowi zdarzyło się odpłynąć, ale w 100% chodziło tu o wpływ sfermentowanych drożdży i owoców.

Konsekwencją tego był, że tak powiem brak kadry do uprawiana rzemiosła morskiego, a już na pewno nie po szerokich wodach oceanu. Nawet kiedy mieliśmy jako taka flotę wojenną, to nasze okręty dowodzone były przez admirałów o staropolskich nazwiskach: Dickmann, Appelmann, Gellenstierna…

Fakt, że udało się nam nawet w bitwie morskiej dać łupnia Szwedom pod Oliwą. Zrewanżowali się potopem na którym wypłynąć udało się tylko Sienkiewiczowi… Ostatecznie nasz dumny naród jako podmiot nie stroniący od mocnych trunków dał się sąsiadom rozebrać(co po alkoholu zdarza się dość często). Kiedy się obudziliśmy i oswobodziliśmy, a Haller zaślubiał nas Bałtykowi, żaglowce odeszły już w zapomnienie a żeglowanie stało się pasją i sportem. I tak jest do dziś.

Co z tego przydługiego wstępu wynika? To że nawet jeśli posiadamy fascynatów żeglarstwa to są to jednostki. Nie idzie za tym tradycja morska i narodowa duma z przynależności do elitarnego, światowego klubu.

Polscy żeglarze

To oczywiście przesadzone, że nikt z naszych przodków nie parał się morskim fachem. Najczęściej robiliśmy to jednak w historycznych czasach pod obcymi banderami. W dziejach nowożytnych wnosimy wytrwale swój wkład w światowe środowisko żeglarskie. Odbywała się to najczęściej na szkoleniowych jednostkach, które po wojnie przejęliśmy, albo wybudowaliśmy.

Morze potrafi oczarować bez względu na miejsce urodzenia. Wydaje się nawet, że osoby wychowujące się przy morzu stają się dobrymi rzemieślnikami. Osoby z głębi lądu, zakochują się prawdziwie. Pewnie stąd tak wielu żeglarzy ze Śląska, Mazowsza, Małopolski…

Powojenni polscy żeglarze byli pionierami. Musieli się starać dużo bardziej i być bardziej pomysłowi, kreatywni i samodzielni. Chcieli żeglować – musieli w najlepszym wypadku w czynie społecznym heblować klubowy jacht przez pół roku aby popłynąć w krótki rejs, gdzie partia pozwoliła. W gorszym wypadku, musieli sobie ten jacht sam wybudować.

To wszystko i zapał, entuzjazm spowodowało, że stali się wybitnymi, żeglarzami w skali świata. Bez kompleksu mogli stanąć twarzą w twarz z najlepszymi żeglarzami z Francji czy Anglii ale…

Nasi żeglarze nigdy nie mogli liczyć na takie wsparcie jak zachodni. A to zaplecze decyduje o wynikach sportowych w żeglarskim świecie. To czy znajdą się pieniądze na rozwój technologii albo jej zakup, na treningi i w końcu na godne życie sportowców i za ich ciężką pracę.

Na naszym podwórku, spektakularnie śledzimy heroiczne wyprawy śmiałków, którzy pod biało-czerwoną banderą wytyczają nowe żeglarskie szlaki. Dokonania Wagnera, Teligi, Zaruskiego, Baranowskiego i innych, wyznaczyły kierunek dla współczesnych żeglarzy, starających się ramię w ramię z żeglarską bracią z innych krajów pokonywać kolejne granice.

Wszystkie te starania zaczęły się jednak mniej niż 100 lat temu. Jaką długą drogę mamy zatem przed sobą aby zbliżyć się do Francuzów czy Anglików i innych nacji, dla których związek z morzem stał się elementem tożsamości narodowej?

Jeden za wszystkich wszyscy za jednego?

Konsekwencje dystansu pomiędzy rodzimą a zachodnią tradycją  morską, objawiają się nie w kwalifikacjach żeglarzy ale wsparciu na jakie mogą liczyć ze strony opinii publicznej i sponsorów.

Jeśli np. francuską dumą narodową są sporty wodne, to rząd i sponsorzy chętnie dotują teamy, tworzone przez ich sławnych żeglarzy. Opinia publiczna zaś, śledzi ich dokonania, wspiera i uważa za bohaterów. Ludzie wiedzą, że rozwój technologii jest niczym wyścig zbrojeń a na to trzeba pieniędzy. Naprawdę dużych pieniędzy.

W Polsce nadal jeszcze zachwycamy się dokonaniami entuzjastów, którzy całe życie i majątek poświęcają na realizację swoich snów o morzu. Emocjonujemy się na regaty „próchno i rdza”, bo taką flotę sobie umiłowaliśmy. Im ktoś starszym, mniejszym i słabiej wyposażonym jachtem płynie tym większy jest „kozak”. Gorączkujemy się przyczynami wypadku wyeksploatowanego do cna „Polonusa”, który utknął na Antarktydzie. Wytykamy palcami brak sukcesów polskich sportowców. Robimy to wcielając się w rolę ekspertów, wtopieni w fotel przed telewizorem.

Podnosimy krzyk jeśli jako naród mielibyśmy wspierać rodzimych żeglarzy czy himalaistów w realizacji ich pasji i misji promocji Polski. Że po co tam jadą/płyną? „Niech sobie sami finansują takie wariactwa! Mnie nikt nic nie daje, a też jestem wyjątkowy!”

W tym samym czasie wyrzucamy setki milionów złotych na utrzymanie i ochronę stadionów piłkarskich. Mniej są one areną walki piłkarzy, a bardziej potomków Sarmatów – takich co to nażrą, nachlają i będą walić po łbie kogo popadnie, niszcząc przy okazji wspólne dobro.  Ale pod flagą narodową więc – to patrioci. A dla patriotów finansowanie powinno płynąć szeroką strugą. Wszak to nasza duma narodowa.

Mój rejs z żywą legendą – Romanem Paszke

Dla zobrazowania poruszanego przeze mnie zagadnienia, pozwolę sobie przytoczyć przemyślenia z mojej żeglarskiej przygody życia. Był to rejs na Katamaranie Gemini 3 z kapitanem Romanem Paszke i jego załogą. Miał on miejsce w listopadzie 2012 roku na trasie Gdańsk-  Lorient we Francji. Był to etap przeprowadzenia jachtu na Wyspy Kanaryjskie skąd kapitan Paszke miał podjąć kolejną próbę pobicia rekordu w samotnej żegludze dookoła świata.

To, że znalazłem się tam było zbiorem przedziwnych zbiegów okoliczności. Wyobrażacie sobie co to znaczy popłynąć takim jachtem z takim człowiekiem? To dla fanów sportów motorowych jest tak jakby mieli jechać bolidem F1 na kolanach Roberta Kubicy. Kiedy się o takiej szansie dowiedziałem, nie potrafiłem zmrużyć oka  przez cała noc. Świt zastał mnie zmęczonego ale szczęśliwego.

W końcu ten jacht to jedyna jednostka oceaniczna pod polską banderą zrobiona w technologii węglowej. W Szwecji, bo w Polsce nikt się na tym nie zna. Bo może płynąć z prędkością nawet 35 węzłów. No bo pan Paszke to żywa legenda żeglarstwa regatowego. I jeszcze wiele „no, bo…”, które sprawiły, że jedną nogą byłem w Hilo – żeglarskim raju.

Ostatecznie wsiadłem w Łodzi do samochodu prowadzonego przez „żywą legendę”, która zawiozła mnie do Gdańska i pozostawiła w Górkach Zachodnich. W Centrum Żeglarstwa AWFiS był pokój dostępny dla „Teamu Paszke”. Kilkanaście metrów ode mnie stał na cumach 27 metrowej długości „Potwór” o dwóch kadłubach, którym mieliśmy płynąć. I ja mogłem do niego wejść. Tylko ja i on. Upajałem się mocą drzemiącą w tej konstrukcji, napędzanej ogromnym żaglem, wciąganym na 33 metrowej wysokości maszt. To było doświadczenie prawdziwie mistyczne.

W ciągu kilku dni przygotowań obserwowałem zaplecze i załogę. Jak uwijała się przy wszystkim co potrzebne do wypłynięcia. Jak prowadzili rozmowy z partnerami i sponsorami. Było to dla mnie w tym momencie coś. No tak, duża rzecz. Mają samochód od sponsora, niezłe sztormiaki, dwa kontenery morskie ze sprzętem postawione nieopodal mariny, pokój z piętrowymi łóżkami gdzie mogę spać. Mają nawet liofilizowane jedzenie na czas rejsu. Prawie lot w kosmos. A na Molo w Sopocie czeka ekipa telewizyjna. Nie ma co. Pierwsza liga.

Walka Dawida z Goliatem

Potrzebowaliśmy 4,5 dnia od momentu wyruszenia w drogę z Sopotu do wpłynięcia do Portu docelowego nad zatoką biskajską. Tak to trasa, która normalnie zajmuje żeglarzom przynajmniej 2-3 tygodni. Ale nie ma się co dziwić. W końcu katamaran Gemini 3 należy do światowej czołówki wielokadłubowców.

Wchodząc do portu Lorient, mijaliśmy niemieckie bunkry dla u-botów z czasów II wojny światowej. Cumy rzuciliśmy w samym sercu francuskiej mekki żeglarskiej. Na tym samym pomoście, dumnie kołysały się na falach flagowe jachty teamów żeglarskich: Groupama i Banque Populaire.

Dla niewtajemniczonych trimaran Banque Populaire V, był wtedy rekordzistą w regatach dookoła świata. Jego załodze zajęło to 45 dni i 13 godzin. Stojący obok trimaran zespołu Groupama, był poprzednim rekordzistą a stojący nieopodal jacht tej ekipy, dopiero co wygrał regaty Volvo Ocean Race 2011-2012.

Każdy z tych dwóch potężnych, francuskich teamów dysponował  tylko w tym porcie ogromną infrastrukturą, która różniła się od nas tym, że:

  • to nie były kontenery morskie a wielkie hangary
  • nie jeden busik od sponsora ale cała flota samochodów łącznie z ciężarówkami
  • nie jeden jacht ale cała własna flota
  • nie  4 osoby w teamie(z księgowym włącznie) a 70 osób
  • Nie mali sponsorzy dający pieniądze na sztormiak, lornetkę czy abonament na telefon satelitarny, ale wieloletni partnerzy
  • przebieg rywalizacji śledzą miliony kibiców a nie grupa osób, której stacjom telewizyjnym nie opłaca się nawet pokazywać relacji

To było naprawdę jak zderzenie małego fiata z lokomotywą. Tam sportowe, żeglarstwo jest w pełni wspierane i finansowane, przez sponsorów takich jak banki, których zarządy są przekonane, że to dobrze wydane pieniądze. Że ich klienci nie będą kręcić nosem i wycofywać depozytów, za opłacanie grupy entuzjastów żeglarstwa, a wręcz przeciwnie, zwiąże ich z podmiotem wspierającym narodowy sport. Wsparcie to sięga nieprzerwanie kilkanaście i więcej lat dla załogi startującej pod komendą cenionych żeglarzy.

Tam żeglarze nie muszą robić wszystkiego sami. Skupiają się na swoich zadaniach. Jest ich na tyle dużo, że nie musząc zaniedbywać życia prywatnego. Nie muszą też bać się z czego będą żyć i ukrywać standard życia przed zawistnymi spojrzeniami rodaków.

To zestawienie jasno pokazało jak wyboista jest  ścieżka, którą muszą pokonywać nasi żeglarze. Jak musza żebrać o uwagę i pieniądze na realizację swoich pasji, która mogłaby być znakomitą promocją naszego kraju.

Dlaczego Paszke chciał płynąć „pod wiatr”?

Dlaczego Paszke chciał płynąć „pod wiatr”? Bo inni liczący się na świecie starają się pobić rekord w drugą stronę.  Uczynił to niedawno Francois Gabart, opływając świat w 43 dni i 16 godzin. Ale on nie płynął podczas urlopu i pracą na etacie zarobić na to nie mógł. Stoi za tym maszyna medialna, sponsorzy i wsparcie kibiców.

Tym większy szacunek i podziw czuję dla tych, którzy swoją determinacją starają się pokazać na międzynarodowych arenach żeglarskich. Osoby takie jak Roman Paszke czy Zbigniew Gutkowski, które zdołały stworzyć żeglarską markę osobistą na tyle mocną aby przebić się do świadomości polskich obywateli. Dla których pasjonat żeglarstwa zasiadający w zarządzie jakiejś spółki, jest w stanie zaryzykować namówienie prezesa na jednorazowy zastrzyk pieniędzy. Przy byle porażce wsparcie to niestety znika.

Cenię także niezmiernie wybornych żeglarzy jak Ci z załogi Romana Paszke, których poznałem na wspólnym rejsie: Adam Skomski i Robert Janecki. Takich jak oni jest zapewne więcej. Anonimowych dla większości Polaków, nawet żeglujących. To sportowcy o tak ogromnej wszechstronności i doświadczeniu, że jeden z nich jest wart kilku francuzów czy anglików razem wziętych. Gdyby tylko stworzyć im warunki, mogliby nas reprezentować, biorąc udział i zwyciężając w największych regatach żeglarskich. Niestety rzadko mogą startować pod polską banderą. Z ich talentu korzystają inni, albo co gorsza nikt.

Każdy kraj potrzebuje bohaterów. Czy naszych musimy szukać tylko na boisku albo skoczni narciarskiej? Nie umniejszam zasług, innych sportowców. Praca, pot i stawianie życia osobistego na drugim miejscu warta jest docenienia bez względu na dyscyplinę sportu.

Żeglarstwo oceaniczne, podobnie jak Formuła 1, jest elitarnym klubem. Dołączenie do niego, pozwala zdobyć prestiż w grupie najbardziej rozwiniętych społeczeństw. Jeśli się w tym gronie nie pokazuje, to jego członkowie Cię nie znają i nie szanują. Wstęp do niego jest drogi i wymaga świadomego wsparcia nas wszystkich. Czy kiedyś się w tym klubie znajdziemy?

You Might Also Like