Blog, Travel

Nowa Zelandia – co wiemy o kraju, do którego tak wielu chce wyemigrować?

5 czerwca 2018

W pierwszej części relacji z naszej wyprawy do Nowej Zelandii, dowiecie się:

  • jak doszło do tego, że pojechaliśmy do Nowej Zelandii
  • kto w tej wyprawie wziął udział
  • przydatne informacje, o których warto wiedzieć planując podróż do Kraju Kiwi

Jak kiełkują marzenia

Moja dziecięca świadomość rozwijała się w trakcie zapewnionej przez dziadków i rodziców tułaczki po rozmaitych ośrodkach zakładowych i stanicach harcerskich w schyłkowej fazie PRL-u. Kiełkowała wtedy ciekawość świata. Tego w zasięgu regulowanym przyzwoleniem Wielkiego Brata i tego za żelazną kurtyną. Ciekawość rozbudzana nie internetem, kolorowymi magazynami czy programami telewizyjnymi, ale książkami podróżniczymi. „W pustyni i w puszczy”, książkami o Indianach i kowbojach, a przede wszystkim niezwykle opisanymi przez Alfreda Szklarskiego przygodami Tomka Wilmowskiego. Świadomość, że pracujący w zakładzie przemysłowym i wyrabiający na żądanie normę za normą ojciec, nie zaskoczy nagłą tajemniczą przygodą na miarę ekspedycji do Australii, była przytłaczająca dla chłopaka o coraz bujniejszej, w miarę połykania kolejnych rozdziałów książek wyobraźni.

Na wiele lat ograniczenia natury geopolitycznej i ekonomicznej sprawiały, że w obszarze snów pozostawały osobiste wyprawy na drugi koniec świata.

Ale skupiając się na swoich marzeniach, człowiek potrafi wieloma z pozoru zupełnie nie powiązanymi decyzjami doprowadzić do zupełnie niewiarygodnych zbiegów okoliczności. Wtedy marzenia się spełniają.

Dlaczego Nowa Zelandia

Planując wyprawę życia w pierwszym momencie pomyślałem o Australii.  Dlatego, że żyje tam pies dingo, krokodyl, który najwięcej ofiar pożera na oceanicznych plażach, kangur, miś koala, kolczatka i dziobak – fenomeny świata biologii, bardzo jadowite węże i śmiertelnie kąsające pająki. To tam wyemigrował Kaczmarski, a najwyższy szczyt nosi nazwę „Góra Kościuszki”, to tam jest słynna opera w Sydney, Aborygeni, wielka pustynia… a Nowa Zelandia jest jeszcze dalej więc co tam dopiero musi być!?!

Średnio wykształcony geograficznie mieszkaniec kraju nad Wisłą, posiada niewiele informacji o Nowej Zelandii. Wie, że nie ma tam pająków i groźnych gadów, że kiwi nie rośnie tam tylko na drzewach, że każdy ma tam hopla na punkcie ekologii i że rdzenni mieszkańcy są protoplastami sztuki tatuażu :). Jednak dopiero od czasu wielkiej ekranizacji Władcy Pierścieni wg. Tolkiena, kraj ten zyskał olbrzymi rozgłos, podobnie jak Dubrovnik dzięki „Grze o Tron”. Pod kierownictwem zafascynowanego swoim krajem Petera Jacksona powstał film z rozmachem niespotykanym dotąd w światowym kinie. Na skutek jego popularności w wyobraźni milionów widzów zagnieździł się widok niesamowitej scenerii Nowej Zelandii. Wielu zapragnęło tam pojechać. Wśród nich moja rodzina. Jak się okazało po powrocie, podróż a nawet emigracja do tego owianego legendą kraju jest marzeniem większości osób które znamy.

Drużyna pierścienia

W naszej wyprawie wziąłem udział ja z żoną Basią i wówczas 17 miesięczną córką Tosią, która od urodzenia z ufnością i cierpliwością przyjmowała nasze globtroterskie pomysły. Organizujemy i prowadzimy rejsy morskie na katamaranach na całym świecie, więc Antosia w momencie wyruszenia w podróż, miała już za sobą przeszło 40 lotów, w tym Na Karaiby, Seszele i do RPA. Towarzyszyła nam także Róża – mama Basi, która miała w wyjeździe na drugi koniec świata swój własny cel. Był nim udział w zawodach wioślarskich w ramach olimpiady mastersów – World Masters Games Auckland 2017, która w tym czasie odbywała się w Nowej Zelandii. Dla aktywnego całe życie sportowca było to inspiracją do wyjazdu na równi magnetyzmem tej krainy.

Bilet w ręce

Biorąc pod uwagę średnie zarobki w Polsce, cena biletu lotniczego do Nowej Zelandii wydaje się zaporowa. Zwykle kształtuje się na poziomie 5-6 tyś zł. Na podniebny rynek wchodzą jednak coraz bardziej ekspansywnie przewoźnicy arabscy i chińscy. Trafiliśmy na ofertę biletu z Budapesztu do Auckland w cenie 2600 zł. Wszystko ma jednak swoje plusy i minusy.

Musieliśmy się najpierw dostać z Poznania do Budapesztu. Powiększyło to i tak długą listę przesiadek do pięciu, a ilość godzin spędzonych w podróży do 48 godzin, licząc już ze stolicy Węgier.

Co więcej, na przesiadki w Chinach mieliśmy tak mało czasu, że prędzej czy później musiało się to skończyć tragedią, która na szczęście nastąpiła w drodze powrotnej.

Finalnie na lotnisko w Auckland dotarliśmy szczęśliwie po ok. 70 godzinach od wyruszenia z domu.

Przylot, wiza, kontrola podróżna

Zanim legalnie postawiliśmy nogę na niegdysiejszej maoryskiej ziemi, musieliśmy się poddać dość szczegółowej kontroli paszportowej, po odstaniu dłuższego czasu w kolejce dla nie-rezydentów Nowej Zelandii, Zjednoczonego Królestwa i Australii, po której wbito nam w paszport 3-miesięczną wizę turystyczną, o którą jako obywatele Unii Europejskiej nie musieliśmy zabiegać wcześniej. Hazardem było przemycenie resztek jedzenia dla dziecka. Własne zapasy pokornie wyrzucaliśmy na skutek licznych informacji o grożących konsekwencjach za niesubordynację w tym względzie. Bardzo pilnują aby nie wwozić do kraju „obcych kultur bakterii” 🙂 Co ciekawe, dezynfekują większy sprzęt turystyczny jak namioty, plecaki, buty trekkingowe. Po zakończeniu wszystkich procedur, postawiliśmy pierwsze kroki w Kraju Kiwi.

Pieniądze, karty płatnicze, ceny

W Nowej Zelandii walutą jest dolar nowozelandzki którego kurs podczas naszego pobytu to ok 2,8 PLN = 1 Dolar NZ.

W całym kraju nie ma problemu z transakcjami kartą kredytową VISA i MasterCard.

Można też wymienić Euro czy dolary amerykańskie w bankach.

Jak się szybko przekonaliśmy, koszty poniesione na bilety do Nowej Zelandii to dopiero wierzchołek góry lodowej. Planując tam podróż, należy nastawić się na ceny trzykrotnie większe od tych w Polsce! Na szczęście paliwo jest w zbliżonej cenie i poza centrum Auckland parkingi są bezpłatne. Dla naszej wesołej gromadki na noclegi, transport wynajętym samochodem, płatne wstępy i jedzenie kupowane w markecie(poza dwoma wyjątkami w restauracji), potrzebowaliśmy bez przesady ok. 400 euro/dzień… Zanim dotrwaliśmy do końca pobytu, karta kredytowa z niemałym limitem, której używaliśmy, została wyczerpana do zera. Szczerze przyznam, że nie spodziewaliśmy się takich wydatków. Nasza rada – bierzcie to pod uwagę planując wycieczkę. Oczywiście dla wędrowców bez dzieci, podróżujących autostopem i biwakujących pod namiotem wydatki będą znacznie mniejsze. A dla nas cóż… Głosząc za sloganem – Dziecko-nasza największa inwestycja, a czas z nim spędzony – bezcenny ☺

Strefa czasowa

Pomiędzy Warszawą a Wellington jest 11 godzin przesunięcia czasowego. Stanowi to dla organizmu nie lada problemem adaptacyjny, który potęguje się z powodu dziecka. Jest bardzo trudno wytłumaczyć kilkunastomiesięcznej istocie, że w „jej środku nocy” trzeba się bawić a nie spać, bo za oknem jest jasno 🙂

W naszym przypadku pełna adaptacja trwała ok. 3 dni.

Transport, prawo jazdy, ruch drogowy

Jeszcze przed wylądowaniem w Auckland, które nie będąc stolicą jest bez wątpienia oknem na świat Nowej Zelandii, musieliśmy podjąć decyzję o planie podróży. Postanowiliśmy po przespaniu jednej nocy wrócić na lotnisko i polecieć na Wyspę Południową. Zrobiliśmy tak z dwóch powodów:

  • w połowie kwietnia, ok. 1000 km w stronę bieguna południowego, nadciąga nieubłaganie złota nowozelandzka jesień i każdy tydzień opóźnienia grozi gorszą pogodą.
  • W Nowej Zelandii obowiązuje ruch lewostronny. Dla nieobytych z taką zmianą kierunku jazdy, łatwiej jest zacząć prowadzić na o wiele mniej uczęszczanych drogach południa niż rzucać się od razu we wzmożony ruch 1,5 milionowej metropolii.

Dolecieliśmy do największego  miasta Dunedin narodowymi liniami lotniczymi przyzwoitym samolotem i miłą obsługą. Cena za lot na poziomie europejskich przewoźników. Air New Zealand posiada dobrze rozwiniętą siatkę połączeń, umożliwiające dostęp do nawet niewielkich lotnisk na terenie całego kraju, często jednak z przesiadką w Auckland.

Na lotnisku w Dunedin, odebraliśmy zarezerwowany jeszcze z Polski samochód na pierwsze 7 dni naszej wycieczki. Stan samochodu był bez zarzutu, podobnie jak obsługa biura. Wypożyczenie fotelika dla dziecka jest dużo tańsze niż w Europie.

Zdecydowaliśmy się na SUV-a z myślą o bezdrożach Wyspy Południowej. Nie była to do końca uzasadniona decyzja biorąc pod uwagę dobry stan dróg. Namawiamy jednak aby samochód, mający uciągnąć więcej niż 2 osoby z podręcznym bagażem miał trochę więcej mocy. Na Wyspie Północnej bez problemów wystarczyło nam osobowe combi.

Drogi w NZ są w niezłej kondycji ale praktycznie brak jest autostrad i dróg ekspresowych. Większość ruchu odbywa się jedną nitką. Kierowcy nie są przesadnie brawurowi i w 99% życzliwi. Najbardziej na drodze trzeba uważać na kierowców, którzy zaczynają swoją przygodę z ruchem lewostronnym. Na szczęście pod prąd autostradą nie szarżują z wcześniej wspomnianego powodu tj. braku autostrad ☺

*W przypadku policyjnej kontroli jest wymagane międzynarodowe prawo jazdy, które należy sobie wyrobić w Polsce. Nie jest to żaden kłopot ani wydatek a może nam zaoszczędzić kłopotów.

**Ciekawostką jest że na terminalu krajowym w Auckland sami sobie przyklejamy naklejki na bagaż i wrzucamy na taśmę. Był dreszczyk emocji ale wszystko doleciało bez problemu.

***Moja dozgonna wdzięczność dla pani na kontroli osobistej na lotnisku w Auckland, która zamiast zabrać i wyrzucić mój ulubiony nóż, umożliwiła bezpłatne nadanie jeszcze jednego bagażu. To pierwsze takie podejście do nieumyślnego nożownika, jakie do tej pory spotkałem na lotniskach świata.

**** Ciekawe rozwiązania na drogach to np. informacja na znakach przed zakrętami z wartością sugerowanej prędkości, z jaką powinniśmy brać ten zakręt. Inna to sygnalizacja świetlna przed pasami włączającymi do ruchu na zatłoczonych drogach w Auckland. Mają za zadanie wpuszczać po jednym samochodzie co kilkanaście sekund aby mógł on bezpiecznie dołączyć się do strumienia pojazdów.

*****Bardzo popularne w Nowej Zelandii jest podróżowanie camperami. Po części wynika to z zamiłowania do takiego środka transportu. Drugi powód to niewystarczająca w sezonie infrastruktura  noclegowa.

****** Campery, którymi podróżują tam młodzi i mniej majętni ludzie są przygotowywane przez dużych operatorów. Są często identycznie obklejone a ich wielkość zaczyna się od samochodów wielkości VW sharana aż po wielkie, wieloosobowe samochody z prysznicami i pełnią wygód.

 

Część dalsza wpisu o naszej wyprawie do Nowej Zelandii pod linkami:

Część 2: Nowa Zelandia – cała prawda o przyrodzie i mieszkańcach Kraju Kiwi

Część 3: Nowa Zelandia – dlaczego ludzie tu przyjeżdżają i jakie mogą być tego konsekwencje?

Część 4: Nowa Zelandia – 20 miejsc, które warto zobaczyć podróżując z małym dzieckiem

You Might Also Like