Blog, Lifestyle

Poznań Air Show

31 maja 2018

Poznań Air Show – oglądać z tłumem czy z pasjonatami fotografii?

Dla nas – rodziny uzależnionej od latania pokazy Air show w Poznaniu to impreza, której nie mogliśmy odpuścić. Tym bardziej kiedy odbywała się pod naszym nosem. Na wszystkich plakatach imprezy, zapraszał nas swoją groźną sylwetką jeden z „jastrzębi”, zakupionych od naszego Wielkiego Brata zza oceanu.

 

Kupiliśmy bilet przez Internet. To rozwiązanie często pozwala oszczędzić trochę pieniędzy i czasu w kolejce do kasy. Tego dnia Tosia wstała wcześnie. Dzięki temu zebraliśmy się na imprezę na tyle szybko, że bez problemów znaleźliśmy miejsce parkingowe nieopodal areny pokazów.

W tym miejscu warto pochwalić pomysł organizatorów na rozwiązanie kwestii miejsc parkingowych. Cena kilkudziesięciu złotych skutecznie odstraszyła od przyjazdu własnym samochodem dużą grupę widzów . Część z nich zdecydowała się skorzystać z bezpłatnego transportu autobusowego z centrum miasta a inni szukali miejsc poza terenem jednostki wojskowej gdzie odbywał się pokaz. Tak czy inaczej zapobiegło to tworzeniu się gigantycznym korkom, które towarzyszyłyby imprezie, gdyby każdy chciał podjechać autem jak najbliżej lotniska.  Także dla rowerzystów przygotowany sprawny parking.

Kolejny plus to bezpłatne korki do uszu rozdawane przy wejściu. Jak się potem okazało, poziom hałasu przy pokazach odrzutowych maszyn był naprawdę wysoki.

A na miejscu dużo słońca, dużo ludzi i dużo wojskowych maszyn. I właśnie ten mocno zmilitaryzowany profil imprezy sprawił, że fani lotnictwa cywilnego nie mieli tam aż tak dużo do przeżywania. Ci miłujący się w podniebnych walkach, niczym w legendarnym filmie „Top Gun” z bożyszczem damskiej części widzów Tomem Cruise w roli głównej, mogli się za to czuć usatysfakcjonowani. Maszyny z groźnymi tygrysami na ogonie, specjalne samoloty NATO, podniebne akrobacje pilotów i spadochroniarzy rozbudzały wiarę, że żaden wróg nam obcy nie jest… i smutną refleksję, że to wszystko wymyślono tylko po to abyśmy się w ramach gatunku mogli skutecznie mordować.

Z każda godziną widzów przybywało. Podobnie jak sprzętu fotograficznego w ilościach jeszcze nigdy przeze mnie nie widzianych. Niech ktoś mi jeszcze powie, że jesteśmy biednym narodem. Rewia korpusów i obiektywów jak na narciarskim stoku z najnowszym sprzętem zimowym. Przy każdej akrobacji dobiegał nas dźwięk dziesiątków tysięcy wyzwalanych migawek. I to większość raczej bez większego sensu. Z trybun pokaz był pod światło a ogniskowa większości aparatów, nie pozwalała na zadowalający kadr. Ale nikt się nie poddawał. Nawet zoom cyfrowy w telefonach komórkowych był wyciskany do granic możliwości.

Nam już do przerwy w połowie pokazu przeszła ochota na szukanie miejsca w którym coś z naszą 2,5 letnią córką zobaczymy. Tak duża impreza masowa raczej nie służy rodzinnemu piknikowi. Tosia pod światło nie była się w stanie skupić na pokazie. Ruszyliśmy więc pod prąd rzeki ludzi, którzy dopiero przybywali na imprezę. Zwalniając miejsce parkingowe widzieliśmy niedowierzanie szczęśliwca, który szybko je zajął. Dalszą część air show tego dnia doświadczaliśmy tylko na poznańskich placach zabaw, słysząc przelatujące nad Ławicą odrzutowce.

W jaskini lwa – drugi dzień pokazów

Drugiego dnia zmieniliśmy taktykę. Wybraliśmy się na spotkanie starego kolegi z harcerstwa, który wraz z grupą pasjonatów lotnictwa przyjechał do Poznania. Ci „wtajemniczeni”, na miejsce obserwacji wybrali górki po południowej stronie lotniska, nieopodal terminala pasażerskiego. Niby z założenia przebywanie nie jest tam do końca wskazane ale… to właśnie tam podniebne akrobacje było najlepiej widać.  Zdjęcia robione przez profesjonalistów i pół-profesjonalistów z tamtego miejsca, okazują się też najlepsze.

Co więcej klimat dużo bardziej swobodny i niemal piknikowy. Sprzętu fotograficznego równie dużo, ale jego obecność tutaj jakby bardziej uzasadniona. Rozłożyliśmy się na kocu z grupą fotografów i z zatykając Tosi uszy, daliśmy się wciągnąć w emocje polowania na najlepsze kadry. Choć z moim obiektywem 70-200 mm, niewiele mogłem nawet tu zaszaleć, to i tak rozgrzewałem migawkę do czerwoności, gdy nad głowę nadlatywały myśliwce. Te historyczne jak i te współczesne.

Z perspektywy czasu zastanawiam się, czy jednak najciekawszym widokiem nie było przyglądanie się z boku wszystkim tym fotografującym osobom. Pasja z jaką „strzelali” seriami do przelatujących nad nami samolotów była naprawdę ujmująca i co tu kryć – komiczna. Dobrze, że obiektywem 500 mm nie da się zestrzelić lecącego obiektu, bo siły zachodniego paktu wojskowego byłyby poważnie uszczuplone 🙂

Podsumowanie

Przyznam, że dużo większa frajdę mieliśmy z tych chwil spędzonych drugiego dnia pokazu. W sumie lepszy widok, obecność prawdziwych pasjonatów lotnictwa i mniej masowy charakter spowodował, że naprawdę dobrze będziemy wspominać ten Air show 2018. Najcenniejsze było jednak to, że do domu mieliśmy 15 minut. Niektóre osoby spotkane pod lotniskiem do domu miały nawet kilka tysięcy kilometrów.

Jako mieszkańcy Poznania, składamy gratulacje organizatorom tak dużej imprezy. Finalnie wszystko przebiegało sprawnie i bezpiecznie. A skoordynowanie i przeprowadzenie całości to nie lada logistyczne wyzwanie. Zwłaszcza, że poznański port lotniczy normalnie funkcjonował, a w pokazie wzięły udział czynne jednostki wojskowe. No i ta pogoda, która była idealna jak na zamówienie. Była to duża gratka dla fanów lotnictwa i niezła promocja miasta.

To dopiero są kadry

Szczerze polecam przyjrzenie się zdjęciom, wykonanym przez mojego kolegę – Marcina Chruścielewskiego. To doświadczony znawca i pasjonat lotnictwa. Jedno z nich na zachętę…

Mig 29. Poznań air show 2018

 a resztę zobaczcie tutaj:

 

 

 

 

 

You Might Also Like